Dzien 1
Bus z Phnom Penh do Siem Reap zamiast 6h jechał 8h. Co chwile się zatrzymywaliśmy żeby kierowca i jego kolega naprawili autobus wzrokiem patrząc się na skrzynie biegów i na zawieszenie z tyłu. Mieliśmy załatwioną darmową podwózkę z dworca do hostelu.
Podróżuję teraz przez parę dni z kumplem z Chile, którego poznałem na łódce w Halong Bay.
Wieczorem wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć miasto. Zjedliśmy coś i skuszeni reklamą, która mówiła „1$ massage” skreciliśmy w boczną uliczkę. Okazało się, że masaż kosztuje nie 1, a 3$. Chwila namysłu i daliśmy się namówić :) Po wyjściu zapytałem jaki masaż jest za dolca. Dziewczyny powiedziały, że to tylko nazwa. Haha Marketing działa! Podobało mi się to
Dzien 2
Ok 10 rano na rowerach pojechaliśmy do świątyń. Mamy bilet 3-dniowy, więc w pierwszy dzień robimy małe kółko na rowerach.
Angkor Wat robi wrażenie. Wielkość świątyń poraża. Myślę, że trudność wzniesienia takich budowli była porównywalna z piramidami w Egipcie. Do tego tutaj wszelkie zdobienia i freski musiały kosztować masę czasu i pukania dłutem w kamienie.
Widzieliśmy Angkor Wat, Phnom Bakheng, Angkor Thom, Preah Khan, Ta Nei, Ta Keo, Thommanom, Ta Prohm i Banteay Kdei. Więc dosyć ambitnie jak na jeden dzień na rowerach. Troche niestandardowa trasa, bo pojechaliśmy za daleko i zdecydowaliśmy się zrobić sobie skrót przez dżungle. Co to była za droga :D Metrowa ścieżka, przeprawy przez mostki, tamę. Frajda na maxa! Spotkaliśmy lokalnych, którzy zbierali chrust, pytali gdzie jedziemy, powiedzieliśmy, że do świątyni. Ich miny – bezcenne! Żałuję, że nie mam GoPro, bo w najlepszych miejscach nie mogłem trzymać aparatu w jednej ręce. Ale filmik mam, zobaczę sobie jak wróce do Polski, bo mój komp nie ogarnia odtwarzania filmów z aparatu :) No i na tej ścieżce znaleźliśmy świątynie, w centrum dżungli, w której oprócz nas nie było nikogo.
Nie będę opisywał poszczególnych świątyń. Powiem tylko, że najlepsze wg mnie to właśnie ta światynia w dżungli, która nazywa się Ta Nei i Ta Prohm – ta z Tomb Raidera.
Dzien 3
Nie było łatwo podjąć tę decyzję, ale ciekawość jak wygląda wschód słońca na Angkor przeważyła szalę. Po 3,5 godzinach snu obudziliśmy się o 4:00 żeby pół godziny później siedzieć w tuk-tuku. Chyba najgorszy poranek (Poranek? Czy aby na pewno był to poranek?) jaki miałem do tej pory. Dojechaliśmy na miejsce, czyli na najbardziej popularny i chyba najpiękniejszy spot na oglądanie wschodu słońca - największą świątynie Angkor Wat. Ludzi jak mrówek. Wszyscy zmierzali w jedne miejsce. My jako, że było jeszcze widać gwiazdy i nic nie wskazywało na to, że nagle słońce wstanie poszliśmy do świątyni. Miałem czołówkę, więc ciemność nie była przeszkodą żeby poszwędać się po pustych korytarzach. Niesamowite uczucie – cisza, ciemność, wszystkie te zdobienia na ścianach i ogrom sprawiają, że po plecach przechodzą ciarki. Słyszało się tylko swoje kroki. Nie mam pojęcia dlaczego wszyscy jak stado bydła ustawia się w tym samym miejscu i nie chce się ruszyć choćby na centymetr żeby doświadczyć czegoś innego.
Mnóstwo Azjatów z wielkimi lustrzankami, statywami, filtrami. Obok mnie stał jeden z nich z pełnym zestawem gadżetów. Miał nawet poziomicę. Zerknąłem sobie jakie zdjęcie ustrzelił, popatrzyłem na niebo i nijak się to miało do rzeczywistości. Jego fotka była perfekcyjna, jak z obrazka. Zapewne osiągnął efekt jaki zamierzał osiągnąć. To najważniejsze. Szkoda tylko, że nieprawdziwe :)
Tak czy inaczej wschód słońca jest przepiękny i warto wstać wcześniej żeby go zobaczyć.
Objechaliśmy wszystkie świątynie z gościem od tuk-tuka, ale to nie to samo co rowerem. Wg mnie bylibyśmy w stanie objechać je rowerem. Problem byłby tylko z dojechaniem na czas na wschód słońca dlatego zdecydowaliśmy na to. Jeśli będziecie mieli okazję zboczyć ze ścieżki to nie zastanawiajcie się nawet. Na pewno będzie warto. Ja drogę przez dżunglę wspominam póki co najlepiej.
Wieczorem poszliśmy na fish massage. To taki pedicure wykonywany przez jakiś gatunek rybek. Początek najgorszy, nie da się wytrzymać :D Jakby ktoś delikatnie skrobał po całych stopach w tym samym momencie. Kumpel z Chile był wyjątkowo delikatny jeśli chodzi o stopy, więc było to dla niego trudne :)
Dzień 4
Kumpel z Chile poleciał do Laosu, ja zostałem, mam jeszcze jeden dzień zwiedzania świątyń, więc chce jeszcze coś zobaczyć.
Kolejny dzień minął na odpoczynku. Przeleżałem w wyrze i w knajpie cały dzień. Nie licząc tego, że zjadłem śniadanie i obiad oraz że załatwiłem sobie transport na następny dzień do świątyń oddalonych około 50km od Siem Reap za 10$.
Dzień 5
Dzisiaj wybrałem się do świątyń Banteay Srei i Kbal Spean. Ta pierwsza jest całkiem dobrze zachowana, bogato zdobiona (jak większość :P), całkiem fajna. Żeby się dostać do drugiej, trzeba iść półtora kilometra pod górkę po skałach. Sama światynie to tylko kamienie i głazy porozrzucane w dżungli, więc świątyni jako takiej nie ma. Jest za to wodospad i mnóstwo kolorowych motyli.