Przyjechałem na stację o godzinie 7 rano. Wysiadłem w strategicznym miejscu, z którego miałem może 2km do mieszkania koleżanki. Taksówką za 40 bht dojechałem pod same drzwi. Dalej nie ogarniam jak tam dojść. Plątanina uliczek, istny labirynt.
Wieczorem wyszliśmy do miasta żeby spotkać 3 polaków, jednego, którego poznałem ostatnim razem i ich 3 znajomych, którzy dopiero co dojechali. Tradycyjnie wypiliśmy tajskiego whiskacza na ławce i udaliśmy się do klubu już tylko w 4kę. Nie za bardzo się podobało jednemu gościowi i mojej koleżance. Oni pojechali gdzieś indziej.
Rano szefowa z siostrą wróciły do domu na weekend. Nic nie robiłem cały dzień. Obejrzałem parę filmów i się w końcu wyspałem.
W niedzielę też mało co robiłem. Poszedłem zjeść coś do galerii i obejrzałem sobie Journey 2 w 3D. Całkiem fajny film. Polecam
Następnego dnia zerwałem się o 9 i udałem na Khao San po bilet na Koh Lante. 1,5 godziny jazdy autobusem. Także możecie sobie wyobrazić jak daleko mieszkałem do centrum. A to i tak przecież było centrum. Bangkok jest ogromny. Połaziłem po agencjach i najtaniej znalazłem za 700bht. Potem się dowiedziałem, że ludzie w autobusie płącili po 1000, rekordzistki - 1300bht hehe
Pożegnałem się ze znajomymi i o 17 ruszyłem w 18 godzinną podróż z 4 przesiadkami. Oczywiście przetrzepali mi plecak chamy...