O 7 rano dotarłem do Yogyakarty, którą potocznie wszyscy mówią yogya (dźogdźa). Znalazłem sprawnie hotel za 40k z własną łazienką i dwoma łóżkami. Może i drugie łóżko mi nie było potrzebne, ale jak pierwszy raz się położyłem to pierwsze co zrobiłem to wstałem i przełożyłem materac z drugiego na moje.
Poleżałem chwile po nocy w busie i wypożyczyłem moto, popytałem trochę głównie o odległości pomiędzy miejscami, które chciałem zjeździć. Moja dzielnica była turystyczna, fajna odmiana po Filipinach. Trochę jak w Tajlandii, są nawet agencje turystyczne.
Miasto jest super, dużo młodych ludzi. Spotkałem się wieczorem z gościem, którego poznałem na samym początku wyprawy w KL. Poszliśmy coś zjeść, obwiózł mnie trochę po mieście. W centrum koło Krator (miasto w mieście, którego nie zdążyłem zobaczyć) są 2 drzewa, które jeśli się przekroczy z zawiązanymi oczami to marzenie się spełnia, spróbowałem, nie udało się. Trudniejsze niż się wydaje. Mnóstwo ludzi, jest to pole kwadratu z drogą dookoła. Wypożyczają rowery 2, 3 osobowe jakieś wynalazki na pedały z neonami wszędzie, muzyką itd. i studenci jeżdżą w kółko haha Jajca, ale nikt nie siedzi w domu, podoba mi się. Mógłbym tu posiedzieć dłużej
Nie mam zdjęć bo zapomniałem zabrać aparatu